Patagonia – w krainie żywiołów

18 lutego 2019 - 20 komentarzy

Dlaczego Patagonia? Skąd właśnie taki pomysł?

Właściwie na rowerze jeździmy od zawsze, organizujemy również wycieczki i wyprawy rowerowe dla innych, byliśmy w wielu miejscach w Polsce, Europie i dalej. Jednak nigdy nie byliśmy na wielotygodniowej, długodystansowej podróży rowerowej i po prostu nadszedł moment, że chcieliśmy to zrobić. Pewnego dnia Darek rzucił hasło: Może Patagonia?! Uznałam, że brzmi nieźle. Szybki telefon do Basi i mniej więcej za tydzień mieliśmy kupione bilety i… trochę zapomnieliśmy o temacie. No może nie całkiem, bo zaczęliśmy się uczyć hiszpańskiego… na całe szczęście.

To co przyciąga tutaj rowerzystów to Carretera Austral – Droga Południowa – jedyna droga łącząca północną Patagonię z Południem, poprowadzona przez ciągle jeszcze dziewicze i odludne tereny i zaliczana do jednej z najpiękniejszych długodystansowych tras rowerowych na świecie. Trasa liczy ponad 1200 km, a jako że postanowiliśmy przeznaczyć na podróż dwa miesiące, drugie tyle chcieliśmy przejechać w Argentynie, a naszą rowerową przygodę zakończyć w Ushuaia, najdalej na południe wysuniętym mieście na świecie.

W ramach przygotowań zakupiliśmy sprzęt biwakowy, którego ja przynajmniej miałam nadzieję za często nie używać. Co by nie mówić ciepły prysznic i łóżko po ciężkim dniu na rowerze to jest to, co lubię zdecydowanie bardziej. No ale cóż, przygoda ma swoją cenę.

Spotkaliśmy się na lotnisku w Warszawie: Darek – pragmatyczny kierownik wyprawy, Basia pełna entuzjazmu, niezważająca na trudy, gotowa na wszelkie niewygody, Piotr – siła spokoju i pogody ducha, Jacek – najbardziej ekstremalny z nas wszystkich no i ja Agata – grupowa maruda… zawsze ktoś taki się trafi.

Po dość skomplikowanej podróży dotarliśmy do Santiago. Miasto pięknie położone, otoczone górami, choć samo w sobie niezbyt szczególnej urody. Wspięliśmy się na górujące nad miastem wzgórza  Santa Lucia i San Christobal, aby podziwiać panoramę miasta i ugasić pragnienie mote con huesillo, lokalnym napojem przygotowanym na bazie pszenicy i suszonych moreli.

W Santiago w centrum jest ulica San Diego z licznymi sklepami rowerowymi. Duży wybór i przystępne ceny rowerów był dla nas miłym zaskoczeniem i szybko staliśmy się dumnymi właścicielami nowych i bardzo porządnie prezentujących się jednośladów.

I tu zaczyna się przygoda. Nasza trasa zaczyna się w Puerto Montt oddalonego od Santiago  o jakieś 1000 km. Bilety lotnicze w cenach nieakceptowalnych, na autobus zostały ostatnie miejsca, bez żadnej gwarancji  zabrania pięciu rowerów. Zaczęło być nerwowo. Jacek uznał, że po co jechać autobusem, skoro można jechać rowerem i tak właśnie zrobił zapewniając, że i tak nas dogoni. Nasza czwórka udała się na dworzec szturmować autobus. Tłum pasażerów objuczony pokaźnymi bagażami, kłębiący się na dworcu, nie dawał dużych nadziei. Okazało się że życzliwość i wola pomocy ze strony kierowcy potrafi znacznie poszerzyć strefę bagażową i udało się.

Wczesnym rankiem dotarliśmy do Puerto Montt, które przywitało nas iście tropikalną ulewą – nikt nie obiecywał dobrej pogody. Poskładaliśmy rowery, objuczyliśmy je bagażami i..no tak, początki bywają trudne – ja miałam problem, żeby w ogóle ruszyć go z miejsca – 25 kg bagażu robi swoje – nigdy wcześniej nie jeździliśmy z takim obciążeniem. Po kilku kilometrach nieoczekiwany podjazd, chociaż nie – o jechaniu nie było mowy – z trudem wtaszczyliśmy rowery na górę, a ja zaczęłam się zastanawiać dlaczego zawczasu nie obejrzałam profilu trasy. Tylko co by to zmieniło?  Tak w ogóle pierwszy etap nie był fajny – duży ruch, nieciekawa okolica, zmęczenie po podróży no i te koszmarnie ciężkie rowery. Ale za to potem było już tylko pięknie i coraz piękniej.

Postanowiliśmy, że zanim zaczniemy przemierzać  Carreterę Austral zwiedzimy Krainę Jezior – region uznawany za jeden z piękniejszych w Chile, a na pewno najbardziej popularny wśród turystów. W związku z mocno niepewną pogodą i dość jednoznacznymi prognozami, nasi panowie wykazali się dużą pomysłowością i skonstruowali oryginalne błotniki z plastikowego wiaderka, które potem służyły nam dzielnie przez całą podróż.

Pierwsze dni były słoneczne i pozwoliły nam napawać się niezwykłą urodą okolicy. Jadąc ścieżką rowerową (jedyny kawałek autentycznej ścieżki rowerowej na całej rowerowej wyprawie) wzdłuż jeziora Llanquihue, trzeciego co do wielkości jeziora Chile, podziwialiśmy kolejno wyłaniające się wulkany: Osorno – najwyższy i najbardziej imponujący o wysokości 2680 m npm., będący idealnym niemal stożkiem, którego wierzchołek pokryty jest wiecznym śniegiem; Calbuco 2015 metrów, jeden z trzech najgroźniejszych wulkanów w Chile, którego ostatnia erupcja w 2015 roku napędziła niezłego stracha okolicznym mieszkańcom oraz Puntiagudo. Widoki absolutnie fantastyczne. Dodatkowo trafił nam się nocleg idealny w całkiem ekskluzywnym domku campingowym z widokiem na  jezioro Llanquihue.

Następnego dnia udaliśmy się nad jezioro Todos los Santos i do wodospadów na rzece Petrohue. Byłam mocno sceptyczna co do tych ostatnich, gdyż wysoka brama zasłaniającą widok, kramy z pamiątkami no i oczywiście kasa pobierająca opłaty nie bardzo zachęcały to jednak zdecydowanie było warto. Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, że Chile to kraj żywiołów. Na początek spotkaliśmy wodę i jej potęga była imponująca. A to był dopiero początek.

Dziwił natomiast prawie całkowity brak turystów. Początek listopada, to tak jak u nas początek maja, wydawał się idealnym momentem na wypad nad jezioro. Oświeciła nas właścicielka campingu uświadamiając, że listopad to w tym rejonie jeden z bardziej deszczowych miesięcy a to, że właśnie świeci słońce to przypadek i anomalia. W następnych dniach wszystko wróciło do pogodowej normy a dla nas stało się prawdziwym wyzwaniem, gdyż dawno a może właściwie nigdy, nie spadło na nas tyle deszczu podczas jazdy na rowerze, co tutaj w kolejnych dniach.

Zanim to nastąpiło doświadczyliśmy innych wrażeń. Los Lagos to także kraina gorących źródeł i basenów termalnych. Przeprawiliśmy się więc przez rwącą rzekę niewielką łódką miejscowego „przewodnika”, nad którą zdawał się nie panować i po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do… kałuży z ciepłą wodą . Jedni są asertywni, inni mniej. W każdym razie wraz z Basią zażyłyśmy kąpieli termalnej w tym, skądinąd opisywanym w przewodnikach, “basenie termalnym”.

Następny dzień był z tych, co to można zbliżyć się do granicy swoich możliwości, sprawdzić się w ekstremalnych warunkach, przeżyć głęboki kryzys i wyjść z  niego zwycięsko, skonfrontować się ze swoimi słabościami i cokolwiek innego przyjdzie wam do głowy. Dla mnie to był moment na zadanie sobie pytania: czy na pewno mi to jest potrzebne? Ulewny, ciągły deszcz od rana, szutrowa nawierzchnia, przechodząca w żywe błoto, cały czas góra/dół i do tego zakleszczający się łańcuch. No cóż .. nie było czasu na medytacje. Na podziwianie krajobrazu też nie. Trzeba było po prostu przetrwać. Jechaliśmy wzdłuż drogi nad fiordem, której malowniczość na pewno docenilibyśmy w innych warunkach.

Owego dnia naszą uwagę przykuła nader skromnie wyglądająca chata z napisem “cafe”. Z dużą niepewnością przekroczyliśmy jej próg i zostaliśmy za bardzo drobną opłatą ugoszczeni kawą i najlepszymi na świecie domowymi bułkami z miodem – jakże niewiele czasem potrzeba do szczęścia. Przez okna naszej „kawiarni ” oglądaliśmy wody fiordu oraz falujące na nich kolorowe sieci, służące do połowu chorritos –niewielkich małży – to główne zajęcie tutejszych mieszkańców. Tego dnia dołączyliśmy do Carretera Austral i do Pacyfiku – wygodny hostel z widokiem na ocean, cudowny zachód słońca – naprawdę  miałam dziś jakiś kryzys?!

Dalszy ciąg wyprawy – w kolejnych wpisach

Ten post ma 20 komentarzy

  • Paula

    Super tekst!! ❤️

    • Daria

      Bardzo fajnie się czyta 🙂 Powodzenia 🙂

  • Renata

    Wow niesamowita przygoda a błotniki mnie oczarowaly 🙂

  • Robert

    ZAZDROSZCZĘ, NIESAMOWITA PRZYGODA. CZYTAM DALEJ

  • Piotr

    Serce rośnie 🙂 i chce sie wyrwać za Wami 🙂

  • Kasia

    Bardzo fajnie opisane, az czuje ochote zeby jechac i zobaczyc, a to przeciez o to chodzi, prawda? Swietnie wygladacie, zupelnie jakby czas plynal do tylu. Ale, na samym koncu chcialabym zobaczyc ten hotel i to lozko (:
    Czekam niecierpliwie na ciag dalszy.

    • Admin

      Ciąg dalszy już jest – są trzy części Patagonii w kolejnych wpisach. A o co chodzi z tym hotelem i łóżkiem?

  • Magda

    Super przygoda !! , wspaniałe zdjęcia , bardzo interesujący tekst -aż od razu chce się zobaczyć „na żywo” 😃
    A kondycja…..tylko pozazdrościć 😉

    • Agata

      Dzięki.. a kondycja rzecz nabyta

  • Magda

    Świetny tekst, piękne zdjęcia ! Widać, że przygoda była 🙂 Gratuluję Wam pierwszej, długodystansowej wyprawy !

    • Agata

      Dziękujemy

  • Justyna

    Fajnie sie czyta, super wyprawa, ekstra przygoda. Ale gdybym Cie miała okreslic to „maruda” byloby na ostatnim miejscu 🙂

    • Agata

      Dzięki Justyna, wszystko zależy od tła

  • Brbara

    Jestem pod wrażeniem! Gratulacje !!! Tak trzymać! Czekam na dalszy ciąg

  • Ania K.

    Noo Agata nie znałam Cię od tej strony 😊 Bardzo dobrze napisane 👍Dzięki Tobie przeniosłam się w miejsca, które sama w większości przypadków niedawno widziałam. O zdjęciach nie wspomnę, bo są po prostu piękne . Czekam na więcej 😊

    • Agata

      Dzięki Aniu,
      Im więcej czasu mija, tym lepsze są wspomnienia.Też tak masz? Czas myśleć o następnej wyprawie

  • Grażyna

    Świetnie opisana wyprawa.Z wielką przyjemnością przeczytałam wszystkie części nie mogąc oderwać oczu od zdjęć . Bajka po prostu bajka! Podziwiam całą czwórkę, bo widać że łatwo nie było, ale jak sama piszesz , czas jest naszym sprzymierzeńcem i pozostają same przyjemne wspomnienia 🙂 … I tylko jedno określenie nie daje mi spokoju- maruda??? hahaha

    • Agata

      Dzięki Grażynko, Przy całej reszcie twardzieli – maruda to właściwe określenie

  • Dor

    Masz łatwość w pisaniu. Czyta się super i z zaciekawieniem co dalej? Fascynująca przygoda. 🌎

    • Agata

      Dzięki Dorotka, Pojedź w końcu kiedyś z nami

Dodaj komentarz