Tajwan na rowerze – piekło czy raj?

12 stycznia 2024 - 0 komentarzy

Od naszej  egzotycznej wyprawy rowerowej do  Patagonii  minęło już pięć lat. Podobnie jak poprzednio, termin nowego wyjazdu zbiegł się z okrągłymi ( i półokrągłymi) urodzinami naszych życiowych partnerów. Tym razem  już prawie wszyscy z szóstką z przodu, jednak nieustająco młodzi duchem – wszak pesel to tylko ciąg cyfr – wyruszyliśmy na spotkanie z przygodą. Przed nami Tajwan na rowerze.  A oto my

Basia – jak zawsze niezmordowana, pełna energii i  żądna wrażeń

Piotr – bardziej umiarkowany, za to z wyjątkowym poczuciem humoru

Dariusz – urodzony przywódca – wymyślił ten nieoczywisty kierunek, przekonał wątpiących (czyli mnie) i wszystko zorganizował i przeprowadził

Agata – czyli ja

Do Azji na rower? – czy naprawdę musimy?

Wybór kierunku był trudny – wiadomo, że miało być egzotycznie, epicko, pięknie i z cywilizacją w tle – spanie w namiotach to jednak już chyba historia. Miało też być akceptowalnie finansowo, co spowodowało, że mój kandydat – Nowa Zelandia odpadł w przedbiegach. Ale Tajwan?  na rowerze? Pierwsze skojarzenia – wielkie miasta, smog, koszmarny ruch na ulicach,  przemysł – jak to się ma do naszych założeń?!  Jednak Tajwan to też Ilha Formosa – piękna wyspa – nazwana tak w XVI wieku przez Portugalczyków. No i na Tajwanie jeździ się na rowerach – tak przynajmniej wynikało z przedwyjazdowego researchu. Wizytówką tejże turystki rowerowej miała być trasa  rowerowa nr 1 biegnąca naokoło wyspy i licząca niemal 1000 km i właśnie ona miała być naszym wyzwaniem. Sprawy  jednak potoczyły się inaczej…

Planowanie i rzeczywistość

Nabyliśmy bilety na samolot, zarezerwowaliśmy rowery i pierwszy nocleg. Darek zaplanował trasę. Zaopatrzyliśmy się też w ładny, kolorowy przewodnik Travel Planet. Może dlatego, że był po angielsku jedynie go przejrzeliśmy, a następnie okazał się tą jedyna rzeczą, której zapomnieliśmy ze sobą zabrać.  Czy można było przygotować się lepiej? pewnie tak – ale wiedząc za dużo moglibyśmy zrezygnować z wyjazdu i nigdy się nie dowiedzieć jak wiele straciliśmy.

Plan był taki – pierwszego dnia krótka pętelka rozpoznawcza w okolicy Tajpej. Potem 2 – 3 dni na północnym wybrzeżu a następnie wzdłuż wschodniego wybrzeża, z pomocnym wiatrem w plecy trasą  rowerową nr 1 aż do południowego krańca wyspy. Powrót trochę przez góry, trochę pociągiem, trochę tą samą drogą. Od początku wykluczyliśmy możliwość jazdy wzdłuż zachodniego, bardzo zurbanizowanego wybrzeża. Po pierwszym dniu  plan został wywrócony do góry nogami o czym za chwilę.

Rowery

Decyzja mogła być tylko jedna (chociaż Basia stawiała lekki opór) – jedziemy na rowerach ze wspomaganiem elektrycznym. Pożyczyliśmy je w Tajpej od firmy https://www.bikeexpress.com.tw/. Jeśli po przeczytaniu tej relacji nadal będziecie chcieli zwiedzić Tajwan na rowerze, to polecamy ją z całego serca. Na elektrykach jeździmy coraz więcej, zwłaszcza tam gdzie góry. Nie mamy z tym ambicjonalnych problemów,  doceniamy możliwości, które dzięki nim się przed nami otwierają .

 

Dzień 0

Przybyliśmy do Tajpej wcześnie rano. W Polsce – środek nocy. Jako że zakwaterowanie w hotelu możliwe było dopiero po 15.00 zgodnie z wcześniejszym założeniem wyruszyliśmy na krótką wycieczkę w do Parku Narodowego Yangmingsham.  Tu nastąpiło pierwsze zderzenie z tajwańską rzeczywistością. Ilość samochodów i innych pojazdów na  drogach znacznie przekroczyła nasze wyobrażenia. Jechaliśmy dość wąską drogą bez pobocza, co chwila ktoś nas wyprzedzał, przerażająco blisko. Jako że zamiast poboczy  są tu głębokie, betonowe rowy odwadniające, niespecjalnie było gdzie uciekać, tym bardziej że skutery lubią wyprzedzać również z prawej strony. Tak więc na początek szklanka zimnej wody i chociaż nie mogę zaliczyć tego dnia do udanych to miał on fundamentalne znaczenie dla dalszego ciągu wyprawy. Postanowiliśmy całkowicie zmienić plan  i ruszyć na południe, w góry i uciec tym samym od cywilizacji i zatłoczonych dróg.

Góry

Szlakiem Słodkiego Ziemniaka

Podążyliśmy szlakiem Słodkiego Ziemniaka, który biegnąc przez górskie przełęcze przecina wyspę wzdłuż. W porównaniu ze sławną „jedynką” zdecydowanie mniej popularny. Właściwie to chyba nie spotkaliśmy na nim żadnego rowerzysty. Po doświadczeniach poprzedniego dnia  obawialiśmy się wyjazdu z Tajpei. Jednak tym razem byliśmy zaskoczeni pozytywnie -pierwsze dwadzieścia  kilometrów jechaliśmy bowiem fantastyczną ścieżką rowerową o idealnie równym asfalcie i precyzyjnym oznakowaniu, z widokiem na bezpiecznie odległe centrum – nadzieja zaczęła wracać.

Ale wiadomo – nic co dobre, nie trwa wiecznie. Nasza cudowna ścieżka skończyła się gwałtownie i bez żadnego ostrzeżenia zamieniła się w  ruchliwą drogę pełną ciężarówek, bez pasa dla rowerów ani nawet pobocza. Nadal jednak widniało na niej oznaczenie  trasy rowerowej nr 1. Na szczęście niebawem zjechaliśmy w boczną drogę i …otworzyło się przed nami rowerowe eldorado – zero samochodów, nieskończona zieleń i coraz piękniejsze widoki. Było też pod górę – ale w końcu od czego są elektryki?!

Coś by się zjadło..

Nie samymi widokami człowiek żyje. Oczekiwania co do jedzenia mieliśmy duże, bo przecież byliśmy w Azji. Temat jednak okazał się trudny a doświadczenia, które nabyliśmy, bogate a czasem bolesne. W pierwszych dniach wyprawy dominował tzw. hot pot, w wolnym tłumaczeniu gorący kociołek, czyli garnek z wodą postawiony na palniku  oraz zestaw rozmaitych składników, często w stanie zamrożonym  które należało do niego samodzielnie wrzucać. Dobór składników często wydawał nam się kontrowersyjny a czasem trudny do oceny, gdyż były to produkty zupełnie nam nieznane. W sumie dało się zjeść ale po kilku razach raczej unikaliśmy tej opcji. Ciekawszym wariantem były zestawy złożone z kilku różnych dań – oczywiście nigdy nie było wiadomo, co w danym zestawie się znajdzie, gdyż  menu tylko po chińsku, znajomość angielskiego wśród personelu żadna, a tłumaczenie proponowanie przez google – translator tak oryginalne jak nieprecyzyjne. Była to tak więc randka w ciemno, chociaż  czasem się udawało trafić na coś pysznego.

Ludzie

Pomimo trudności w komunikacji zaznaliśmy wiele życzliwości ze strony Tajwańczyków. Wystarczyło okazać nieco bezradności np. w poszukiwaniu hotelu, żeby natychmiast pojawił się ktoś, kto nie spocznie póki nie rozwiąże naszego problemu. Zdarzyło się, że policja  eskortowała nas do hotelu na sygnale po zmroku po tym, jak zajechaliśmy na posterunek myśląc, że to hotel.

Drogi

Zdecydowana większość naszej trasy to drogi asfaltowe o perfekcyjnej nawierzchni – jeździliśmy na rowerach bez amortyzatorów odczuwając jedynie umiarkowany dyskomfort po wielogodzinnej jeździe. Niektóre z dróg przebiegały przez odludne, niezamieszkałe tereny, a my byliśmy ich jedynymi użytkownikami. Jednym słowem bajka – jednak jest jeden szkopuł. Na skutek licznych trzęsień ziemi i tajfunów nawiedzających te strony, drogi ulegają często  uszkodzeniom, zarwaniom i innym katastrofom – wiedza na temat stanu dróg jest bezwzględnie potrzebna, chociaż wcale nie łatwo dostępna dla takich jak my.  Ze względu na prace naprawcze drogi często są zamknięte albo dostępne kilka razy w ciągu dnia przez kilkanaście minut. Objazd  często oznacza nadłożenie kilkudziesięciu, czasem więcej kilometrów.

Zabetonowane góry

Na skutek gwałtownych opadów deszczu i huraganów często dochodzi tu do osuwisk – po prostu kawałek góry odrywa się i spada w dół.  Żeby tego uniknąć w miejscach newralgicznych można górę np. zabetonować

Gospodarka wodna

Plątanina kabli rozmaitego rodzaju na ulicach azjatyckich miast jest pewną normą nie budzącą większego zdziwienia, natomiast nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z taką mnogością rur wszelkiego kalibru doprowadzających wodę. Żeby było trudniej ujęcia tejże wody zlokalizowane są zazwyczaj wysoko w górach, w związku z tym odległość, która ma ona do pokonania mała nie jest a po drodze… no cóż, łatwo nie jest.

 

Gorące źródła

Nie ma lepszego relaksu dla strudzonego rowerzysty niż naturalne gorące źródła, w których można zażyć kąpieli w pięknych okolicznościach przyrody. Podczas naszej podróży udało nam się to kilka razy. Najbardziej spektakularne były źródła Bong Bong w okolicy Datong.

 

W drodze na szczyt

Od tych źródeł właśnie rozpoczynamy ciągnący się ponad 100 km podjazd, który zakończy się na przełęczy Wuling. Co tu dużo mówić – bez elektryków moglibyśmy o nim jedynie pomarzyć. A tak doświadczamy jednej z najpiękniejszych przygód rowerowych w życiu. Przepiękne widoki, gładki asfalt, nieliczne samochody – rozkosz w czystej postaci.

Przełęcz Wuling jest doskonałym miejscem do ślubnych fotografii. Tylko dlaczego na środku drogi?

Na szczyt docieramy pieszo

Przed nami dłuugi zjazd – tak więc kurtka puchowa jak najbardziej na miejscu

Sun Moon Lake

Na Tajwanie są miejsca tzw. „must see” – inaczej mówiąc jeśli ich nie zaliczysz to wyjazd możesz uznać  za stracony. Jednym z nich jest jezioro Sun Moon Lake – otoczony górami oraz rozlicznymi atrakcjami zbiornik wodny, przyciąga rzesze spragnionych wrażeń turystów.  Również i dla nas miał on być żelaznym punktem programu. Żyjąc jeszcze wrażeniami  poprzedniego dnia raźno ruszyliśmy na trasę. Niestety, tak jak dzień poprzedni był jednym z najlepszych na tej wyprawie, kolejny  mogę spokojnie zaliczyć do najgorszych a przynajmniej wtedy myślałam, że gorzej już być nie może. Zjeżdżaliśmy z gór, widoki nie były już tak spektakularne, za to ruch na drodze dalece przekraczał akceptowalne granice.  Samo jezioro okazało się jednak miłym przerywnikiem a poprowadzona wzdłuż jego brzegu ścieżka rowerowa była absolutnie rewelacyjna.

 

Potem niestety trzeba było wrócić do wyczerpującej walki o życie wśród pędzących samochodów.  Następnego dnia postanowiliśmy zboczyć nieco z naszego szlaku aby w spokojnym miejscu przeczekać weekend. Chociaż Tajwan rzadko  jest pierwszym  wśród zagranicznych turystów to w popularnych miejscach nie brakuje turystów, przede wszystkim miejscowych. A przed nami Alishan – takie tutejsze Zakopane. Tymczasem więc odwiedziliśmy kolejne gorące źródła w Dongbu a przy okazji najdłuższy na Tajwanie most wiszący i grzybowe zagłębie

Alishan

Ruszamy dalej – dziś celem naszym jest  Alishan – magiczna  kraina, zazwyczaj spowita we mgle lub skąpana w deszczu – pełna olbrzymich drzew o niezwykłych kształtach,  otoczona pięknymi górami, często schowanymi za chmurami. Wbrew wszelkim statystykom pogoda była przepiękna, droga wyjątkowa malownicza a cudny zachód słońca uczynił ten dzień idealnym.

Zwiedzanie zagospodarowanej części Parku  Krajobrazowego zostawiliśmy na dzień następny. Rozpoczęliśmy go od śniadania w stołówce obsługującej większość tutejszych hoteli. W obliczu tłumów nam towarzyszących czar wczorajszego dnia nieco przygasł, chociaż nie można powiedzieć – wszystko było idealnie zorganizowane

Podobnie i sam park – przemyślane trasy, punkty odpoczynku, atrakcje dostosowane do potrzeb turystów, zwłaszcza tych tajwańskich, bo dla nas  jednak to droga była bardziej spektakularna, niż sam cel.

Zjeżdżamy z gór Alishan highway, wraz z niewielką ilością innych pojazdów – wciąż jest zjawiskowo pięknie.

Krajobraz jednak się zmienia, na stokach łagodnych wzgórz pojawiają się plantacje kawy, herbaty i mango.

Jadąc dalej na południe wjeżdżamy w zwrotnikowy las pełen, znanych nam ze swoich doniczkowych wersji, roślin. Tyle że tutaj są kilka razy większe i dużo bardziej imponujące. Palmy, fikusy, dieffenbachie, monstery, alokazje – w swoim naturalnym środowisku a my razem z nimi. Do tego nienachalne, chociaż chwilami niepokojące towarzystwo makaków – lokalnych mieszkańców.

Nocujemy w miasteczku Dapu. Może ono służyć jako typowy przykład niewielkiego tajwańskiego miasta. Niestety w przeciwieństwie do przyrody, która tutaj króluje i zachwyca z ludzkimi siedliskami jest dokładnie odwrotnie. W zdecydowanej większości są kwintesencją brzydoty i prowizorki, w której to jednak tubylcy się świetnie odnajdują. Na obrazku poniżej warsztat, w którym udało się naprawić jeden z naszych rowerów.

W drodze nad ocean

Powoli, choć nie bardzo chętnie zbliżamy się do bardziej zaludnionych terenów – wokół nas plantacje palm, ananasów i innych tropikalnych roślin. Zaliczamy jedną z tutejszych atrakcji – park motyli – jakżeby by było fajnie, gdyby nie trzeba tyle chodzić, pod górę oczywiście

Psy

Małpy spotykamy rzadziej, za to często towarzyszą nam bezdomne psy. Jest ich tu mnóstwo, najczęściej przyjazne lub obojętne, jednak ze dwa razy zdecydowały się nas obszczekać. Z niewiadomych nam powodów wiele z nich ma trzy łapy – najpewniej konsekwencje życia przy ruchliwych drogach.

 

Ścieżki rowerowe

Jak na kraj azjatycki to jest ich tu dużo, jak na nasze przyzwyczajenia – to ilość ościeżkowanych kilometrów nie powala. Jednak jak już są, to naprawdę bez zarzutu.

 

Jak już wiemy, wszystko co dobre ma  swój koniec i chociaż Tajwan na rowerze jawił się jako podróż  marzeń musiała w końcu nastąpić korekta – dotarliśmy nad ocean. Mieliśmy zwieńczyć ten fakt plażowaniem na złocistym piasku, kąpielą w oceanie no i w ogóle zasłużonym relaksem. Zamiast tego przywitała nas ponura, zaniedbana osada i wybrzeże zarzucone betonowymi blokami. Do tego nasz hotel był zamknięty na głucho co po przejechaniu  ponad 100 km po bardzo ruchliwej drodze w oparach smogu i męczącym hałasie nie było miłe, no cóż – to po prostu inne oblicze Tajwanu – nadszedł moment, żeby się z nim zmierzyć.

Pacyfik

 

W tym momencie dołączyliśmy do „jedynki” , dzieląc ze skuterami pas zatłoczonej drogi.  Po  30 km stresu wróciliśmy do raju.

 

Droga wraz z zawartością odjechała wgłąb lądu a my pozostaliśmy sam na sam z oceanem i jego atrakcjami.  Było  więc imponujące muzeum morskie, długo wyczekiwana plaża i kąpiel, a także przyjemny, północny, wiatr w plecy. Ta ostatnia okoliczność, póki co korzystna, mogła znacząco odmienić nasze losy w następnych dniach. Wszak za chwilę dojedziemy do południowego krańca wyspy i zaczniemy wracać… pod wiatr. A ten wiał coraz silniej! Dlaczego nie jedziemy w drugą stronę ? No tak, przecież zmieniliśmy plan. Póki co jednak było pięknie.

 

Południowy kraniec Tajwanu to niewątpliwie miejsce, którego przegapić nie można. To tutaj Tajwańczycy przyjeżdżają na wakacje – oczywiście w lecie – w grudniu 25 stopni – to zdecydowanie za zimno. Teraz jest raczej sennie i cicho, hotele opustoszałe, plaże również. Co innego wieczorem – udajemy się na night market i tu znajdujemy prawdziwy azjatycki klimat.

 

O wyjątkowości tego obszaru stanowi jednak Park Narodowy Kenting obejmujący wody przybrzeżne oceanu z ich niezwykłym ekosystemem – to prawdziwy  raj dla nurków . Najbardziej spektakularna jest ta  część rafy koralowej,  która na skutek zdarzeń geologicznych wywędrowała na powierzchnię i stała się niełatwym miejscem do życia dla lądowych roślin. Na szlaku obserwujemy determinację z jaką walczą one o przetrwanie.

Tu rządzi wiatr

Ostatecznie docieramy do latarni morskiej na południowym cyplu  – widoki jak widoki , za to wiatr nie żartuje, co zaczynamy odczuwać zmieniając kierunek naszej jazdy na północny. Prawdopodobnie był to bardzo malowniczy odcinek ale zbyt byłam skupiona na walce o przeżycie i utrzymanie równowagi, żeby to docenić – a było to tylko 12 kilometrów. W Manzhou – wiosce surferów – podziwiamy ich w akcji. Tak naprawdę podziwiamy głównie ich cierpliwość – większość czasu spędzają oczekując na falę

Chociaż plaże wyglądają zachęcająco, towarzyszą im zazwyczaj chorągiewki ostrzegawcze – czai się tu mnóstwo niebezpieczeństw – wysokie fale, wsteczne prądy, meduzy, pływy – nie upieramy się przy kąpieli, tym bardziej że czeka nas kolejny, najpiękniejszy odcinek naszej wyprawy. Jedziemy spokojną drogą wzdłuż oceanu – tylko my i żywioł – znowu jest pięknie. Wiatr, którego tak się obawialiśmy, jest dość silny – ale dzięki elektrykom nie stanowi już przeszkody

 

 

Wschodnie wybrzeże

To właśnie wschodnie wybrzeże miało być wisienką na torcie sztandarowej trasy nr 1 – mieliśmy więc wobec niego niemałe oczekiwania.  Trasa na długości około 300 km przebiega nad samym oceanem, oferuje przepiękne widoki i nieustający kontakt z dziką naturą . Czego chcieć więcej? Otóż  miejscowości Daren trasa okazała się być częścią trzypasmowej drogi szybkiego ruchu – taki odpowiednik naszej ekspresówki. W Polsce  na takich drogach nie ma miejsca dla rowerzystów.Tutaj jednak rowery są jak najbardziej mile widziane i jest dla nich zarezerwowany oddzielny pas,  co sprawia, ze jest dość bezpiecznie. Czy jest to fajne? Zdecydowanie nie, chociaż sytuację rzeczywiście ratują widoki oraz inne atrakcje. Przy okazji zdaliśmy sobie sprawę, że jednak jedziemy w dobrą stronę – dzięki temu jesteśmy bezpośrednio nad oceanem. Jadąc na południe, jak pierwotnie zamierzaliśmy – dzieliło by nas od niego kilka pasów ruchu i morze pojazdów a to by było raczej nieznośne

Igraszki z oceanem

Słońce, piaszczysta plaża, woda o temperaturze ponad 30 st… i olbrzymie fale. Co prawda nikt z nas nie odważył się popłynąć dalej ale zabawa była przednia.

Gorące źródła

Kolejne gorąca źródła w miejscowości  Binamao bardzo siarkowe i bardzo gorące  – niektórzy chyba przesadzili. Dodatkową atrakcją były rybki czyszczące stopy ze zrogowaciałego naskórka

 

Smoczy Most

Kolejna atrakcja z gatunku „must see” stała się powodem lekkich napięć w zespole i zaprowadziła nas do zadania sobie pytania  co jest ważniejsze? zaliczanie kolejnych atrakcji?, czy jazda spokojną drogą w miłych okolicznościach krajobrazu? Tym razem zwyciężyła opcja pierwsza, co spowodowało konieczność pozostania na zatłoczonej ekspresówce, bo tylko ona wiodła do Smoczego Mostu. A oto i on.

Morskie przysmaki i przydrożne owoce i….chińskie zupki

Odkąd jesteśmy nad oceanem zmienia się nasza sytuacja gastronomiczna.  Zamiast kontrowersyjnych hot-potów pojawiają się ryby i owoce morza – niekiedy wyśmienite, zaczynamy czuć się swobodniej i wydaje nam się, że mamy temat opanowany. Ponadto na przydrożnych straganach zaopatrujemy się w egzotyczne lokalne owoce. Czasami też znajdujemy je w dżungli – na obrazku dziko rosnące grapefruity. Krytyczny głód zawsze można opanować przy pomocy  chińskiej zupki w sklepie sieci seven eleven (są tu wszędzie) lub w lokalnym odpowiedniku.

W końcu normalna pogoda

Na Tajwanie zawsze pada. Przyjechaliśmy tu w listopadzie bo pada nieco mniej. Za naszego pobytu nie padało wcale, aż do momentu kiedy w końcu zaczęło ale było to dopiero w osiemnastym dniu i trwało tylko dwa dni. Przez ten czas podziwianie widoków wymagało dużej dozy wyobraźni ale też miało swój urok.

Park Narodowy Taroko

Dla wielu osób przyjeżdżających na Tajwan jest głównym punktem programu, którego pod żadnym pozorem ominąć nie można. Nie mieliśmy nadmiernych oczekiwań, gdyż tego typu  atrakcje, gromadzące tabuny autokarów  potrafią rozczarować.  To co przyciąga tutaj  turystów to rozciągający  się na przestrzeni 18 km, wyrzeźbiony w marmurowych skałach wąwóz i otaczająca go tropikalna zieleń.  Park jest świetnie zagospodarowany – wytyczono tu wiele szlaków pieszych o różnym stopniu trudności -niestety część z nich jest niedostępna  z powodu zniszczeń dokonanych przez niszczycielskie tajfuny. Spędziliśmy tu dwa dni, z czego jeden w typowej tajwańskiej mglisto – deszczowej aurze i  to doświadczenie wyjątkowe

Drugiego dnia przestało padać i wczesnym rankiem, wyprzedzając autokary, co było świetnym posunięciem,  ruszyliśmy na główną trasę . No i było bosko, jednak zdjęcia oddają to jedynie w minimalnym stopniu – tam naprawdę trzeba po prostu być.

Północny- wschód

Przed nami ciesząca się złą sławą Suhua Highway. To kontynuacja drogi, którą jechaliśmy z południa. Nadal biegnie wzdłuż wybrzeża, oferuje fantastyczne widoki, jednak jest dużo węższa, i jeszcze bardziej zatłoczona. Nawet Peter z wypożyczalni, niewrażliwy na tego typu utrudnienia sugerował nam, żebyśmy rozważyli pokonanie tego odcinka pociągiem. Tak właśnie zrobiliśmy, dumni za swojej przebiegłości. W krótkiej chwili między tunelami załapaliśmy się na wschód słońca.

Zostały nam trzy dni, które miały być łatwe, relaksowe i malownicze. W rzeczywistości okazały się najbardziej stresujące i zdecydowanie rozczarowujące. Po spędzonych trzech tygodniach na Tajwanie wydawało nam się, że świetnie już sobie radzimy w tutejszej drogowej rzeczywistości ale dopiero tutaj nadszedł czas prawdy. Północno -wschodnie wybrzeże może jest malownicze ale przy okazji dużo bardziej zurbanizowane. Ruch na  ulicach jest niewyobrażalny i wielokrotnie przekraczający rowerowe standardy. Nigdy nie jeździliśmy w takich warunkach i mam nadzieję, że już nigdy nie będziemy. Jakimś cudem udało się przeżyć.  W tej walce o życie nie mogliśmy odpuścić kolejnej atrakcji. Był nią Yehliu geopark,  w którym można było podziwiać interesujące formacje skalne

My jednak podziwialiśmy co innego. Symbolem Parku jest skała Głowa Królowej. Ustawiła się do niej kolejka kilkudziesięciu osób, pragnących odbyć sesję zdjęciową na jej tle. Tajwańczycy to niezwykle cierpliwy naród.

Ostatnia odsłona wyprawy Tajwan na rowerze to dla odmiany fantastyczna droga rowerowa wzdłuż rzeki Keelung, którą dojechaliśmy, zupełnie bezkolizyjnie do hotelu w samym centrum Tajpej, podziwiając po drodze drapacze chmur.

Podobno Tajpej to najbrzydsze miasto świata. No cóż, spośród miast na Tajwanie wyróżnia się raczej pozytywnie ale to chyba nie jest wystarczająca rekomendacja.

 

Podsumowanie

A więc piekło czy raj?

Na Tajwanie spędziliśmy 23 dni. Przejechaliśmy na rowerach ponad 1500 km i była to jedna z naszych najlepszych wypraw. Większość czasu spędziliśmy w rowerowym raju, wśród egzotycznej roślinności, cudnych widoków i życzliwych mieszkańców. Kilka razy jednak otarliśmy się o piekło, szukając swojego miejsca w azjatyckim drogowym chaosie.  Mieliśmy trochę szczęścia i ostatecznie wszystko się udało, jednak łatwo mogę sobie wyobrazić inny przebieg  wydarzeń. Wystarczy  trafić na normalną (czyli deszczową) pogodę i jechać  „rowerową jedynką” zgodnie ze wskazówkami zegara – tak jak chcieliśmy pierwotnie i koszmar gotowy. Tak więc Tajwan na rowerze to opcja nie dla każdego, jednak jeśli jesteś miłośnikiem rowerowych przygód …….

Dodaj komentarz